Skip navigation

Category Archives: Podróże

Podobno z południem Włoch jest tak, że albo od razu się je pokocha albo znienawidzi. Mnie się spodobało, ale o miłości to raczej nie można mówić, to bardziej sympatia. Choć nadal dostrzegam wady mieszkańców tej części Italii. Pierwszym miejscem na „dzikim Południu” była wyspa Capri. Położona niedaleko Neapolu górzysta, wapienna wyspa kojarzyła mi się przede wszystkim z cezarem Tyberiuszem, który zarządzał stąd imperium oraz wyczyniał różne ekscesy seksualne.


Na Capri dociera się od północy promem z Sorento do portu Marina Grande. Po kilku minutach pobytu w porcie wsiedliśmy na jacht aby opłynąć wyspę i obejrzeć morskie groty. Są one atrakcją turystyczną i słusznie. Wapienne skały wystające z morza z licznymi grotami tworzą prześliczną scenerię. Patrząc na wodę wszyscy byli zachwyceni. Na kilku metrach występowały różne kolory od granatowego przez niebieski po prześliczny turkus. Ten ostatni powstaje gdy woda przylega do wapiennych skał. Zrobiłem zdjęcie chyba udało mi się uchwycić piękno skoro moja Ukochana po zobaczeniu tych zdjęć stwierdziła, że pięknie i za rok chce tam jechać ze mną za rok.

Podczas rejsu dane mi było oglądać Białą Grotę, Koralową Grotę, Łuk Naturalny, miejsce straceń przeciwników Tyberiusza, grotę zakochanych. Tam zabrakło mi mojego Skarba do pocałunków.

Pełni zachwytu wkroczyliśmy do miasta. Główna część miasta Capri położona jest powyżej Marina Grande, między dwoma wzgórzami. Prowadzi do niej kręta droga, można też dojechać naziemną kolejką linową. I tą kolejką po 30 minutach stania w tłoku wjechaliśmy do miasta.Tam wśród wąskich, krętych uliczek znajdują się liczne sklepiki z miejscowymi wyrobami, ekskluzywne hotele i barwne, kwitnące ogrody. Trasy spacerowe prowadzą do wielu atrakcyjnych miejsc. Niektóre z nich można obejrzeć podczas rejsu wycieczkowego wzdłuż brzegu wyspy. Niestety nie można było w pełni podziwiać uroków miasta bo jak stwiedziła przewodniczka, połowa Neapolu przyjechała na Capri.

Jedna z dróg wycieczkowych prowadzi do doliny Tragara (grec. Tragos – koza) i kończy się tarasem widokowym w Ogrodach Augusta, z którego widoczne są skały Faraglioni oraz Marina Piccola (zatoka, w której znajdował się rzymski port). Obok ogrodów Augusta znajduje się budynek zakonu kartuzów, zbudowany w XIV w. w pobliżu ruin willi Tyberiusza. Ogrody Augusta powstały pod koniec XIX w. z inicjatywy Kruppa, niemieckiego przemysłowca. Wybrał taką nazwę aby nie razić żadnego rządu europejskiego w ówczesnych niespokojnych czasach. Ogród zachwycił mnie. Dane było mi pierwszy raz w życiu zobaczyć opuncję z owocami oraz bugenvillę.

Zobaczyłem rosnące w ziemi licznymi grządkami rośliny, których nazw nie znam, ale widziałem je u nas w doniczkach. Bardzo pięknie miejsce. Grzejące z nieba słońce wywołało pragnienie, które zaspokoiłem miejscowym (włoskim) specyfikiem – granitą. Granita to napój złożony z drobniutkich kosteczek lodu do których dodaje się wyciśnięty z owoców sok – pomarańczowy, arbuzowy, cytrynowy, melonowy, miętowy, truskawkowy. Ja kupiłem granite di limone i granite di meleone.

Po zejściu do portu sprawdziłem jakie na tej wyspie są plaże. Zobaczyłem i oniemiałem. Primo wąskie, jakieś 4 m szerokości. Secundo to co stanowi plażę na Capri to jeszcze 10 lat temu było częścią składową drogi do mojej rodziny w Beskidzie Sądeckim.

Takie to są kamieniste plaże ,nie to co u nas drobniutki piasek. Czyli mamy coś lepszego od Włochów. Z tą jakże optymistyczną myślą zabrałem się z grupą na statek by dopłynąć do Neapolu.

Reklamy

 

Powodem nr 1 dla którego zdecydowałem się na tę wycieczkę była możliwość zobaczenia Monte Cassino, cmentarza i klasztoru. Nazwa Cassino wywodzi się od łacińskiego Cassium (Stary Gród) czyli Monte Cassino można tłumaczyć jako Górę Starego Grodu. Monte Cassino do europejskiej kultury weszło w 529 r. kiedy św Benedykt założył zakon, pierwszy na Zachodzie. Do świadomości wszystkich Polaków weszło po bitwie w 1944r, kiedy żołnierze II Korpusu Polskiego gen. Andersa pomimo krwawych strat zdobyli szczyt.

Św Benedykt z Nursji założył zakon w najmroczniejszych czasach Średniowiecza, gdy cesarstwo zachodniorzymskie nie istniało od ponad półwieku, a w Europie rządzili barbarzyńcy. Aby dać przykład zagrożonym chrześcijanom przez arian, poprzez surową regułę, która opierała się na dwóch działaniach – ora et labora (modlitwa i praca). Dzięki Benedyktowi, który dostapił daru czytania przyszlości, nie tylko chrześcijaństwo rozkwitło, ale także uratowany został dorobek świata rzymskiego. W bibliotece znalazły sie oryginalne teksty pisarzy antycznych bez których nasza cywilizacja byłaby strasznie uboga. W XVI w. biblioteka klasztorna liczyła ponad sto tysięcy tomów i dziesiątki tysięcy pergaminów, inkunabułów i rekopisów. Niestety klasztoru nie omijały nieszczęścia. W 584 r. Monte Casino zdobyli germańscy Longobardowie, klasztor zburzyli, a mnichów wygnali. Ponowne wygnanie mnichów i zburzenie klasztoru nastąpiło w 883 r, po ataku Saracenów. W 1349 r. opactwo nawiedziło trzęsienie ziemi, niszcząc część zabudowań. Największe nieszczęście klasztor spotkało w 1944r, kiedy na skutek nalotu bombowców alianckich zniszczeniu uległo 99 % zabudowań. Po wojnie klasztor odbudowano aby zachwycał pielgrzymów i turystów, choć w kościele pw św Jana Chrzcicela nie wszystkie freski zrekonstruowano.

Polski Cmentarz Wojskowy powstał na przełomie 1944/1945 r, wybudowany przez żołnierzy – uczestników bitwy. Uroczyste otwrcie nastąpiło 1 IX 1945 r. Spoczywa na nim 1072 poległych żolnierzy Rzeczpospolitej (różnej narodowości). Zginęli oni podczas bitwy o Monte Cassino, która trwala od 22 stycznia do 19 maja 1944. Po nieudanych natarciach armii amerykańskiej, francuskiej,brytyjskiej, nowozelandzkiej, żolnierze generała Andersa z 3 Dywizji Strzelców Karpackich i 5 Kresowej Dywizji Piechoty zmusili Niemców do odwrotu. W ten sposób droga na Rzym dla aliantów została otwarta.

Dotarcie na Monte Cassino przynosi niesamowite wrażenia. Najpierw jest wjazd pod górę serpentynowatą drogą (Cassino liczy sobie 519 m n.p.m). Droga jest kręta i wąska, w niektórych miejscach autokar ledwie mógł się wymieścić. Z parkingu na cmentarz prowadzi aleja porośnięta obustronnie thujami. Na końcu drzewnego szpaleru jest brama na bokach, której jak warta honorowa stoją dwa monumenty. Na każdym z nich orzeł husarski z rozłożonymi skrzydłami. Za bramą po przejściu kilku stopni zobaczyłem półkolisty taras, po środku tarasu ogromny Krzyż Virtuti Militari z wiecznym zniczem w centrum. Brzegiem tarasu ogromną antykwą wykuty został półkoliście napis treścią podobny do tego z Termopil: PRZECHODNIU POWIEDZ POLSCE ŻEŚMY POLEGLI WIERNI W JEJ SŁUŻBIE.

Tuż za Krzyżem Virtuti Militari mogiła gen. Andersa. Powyżej rozciąga się  rozłożysty  wachlarz mogił żołnierskich (mnie kojarzył się ze skrzydłem ptaka). Z dołu do góry prowadzi 5 alejek ze schodami, które dzielą cmentarz na 6 pionowych sektorów. Groby naszych żołnierzy to prostokątne płyty, na których wykuto imię i nazwisko, stopień wojskowy, jednostkę, miejsce i datę urodzenia oraz datę śmierci. Na grobach widzialem krzyże katolickie i prawosławne, a także gwiazdę Dawida. Tak to naprawdę ostatni cmentarz I Rzeczpospolitej !  Alejki miedzy grobami wysypane są drobnymi kamieniami. Na górze cmentarza obok oltarza powiewają flagi – polska i włoska. Powyżej nekropolii rozmieszczono grecki krzyż z żywoplotu, a pośrodu marmurową płytę z wykutym orłem. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tak pięknie powiewającego biało-czerwonego sztandaru. Po wejściu na cmentarz wraz z grupą złożyliśmy kwiaty przy Krzyżu Virtuti Militari, chwila milczenia i odśpiewaliśmy Mazurka Dąbrowskiego.


Potem każdy indywidualnie oswajał się z tym miejscem. Ja pomodliłem się przy grobie jednego z żołnierzy – tułaczy, by później przemierzać cmentarz w zadumie. Czytałem nazwiska i miejsce pochodzenia; to byli młodzi ludzie głównie z Polski zabużańskiej. Na wielu krzyżach widzialem przewieszone różańce. Nastrój wyciszenia i skupienia był wszechobecny. Zakręciła sie łza w mym oku. Słyszałem od części osób z grupy pytanie o sens tej walki. Dlatego zamieszczam fragment wypowiedzi Gustawa Herlinga – Grudzińskiego, wybitnego pisarza i jednego ze zdobywców Monte Cassino.


Pod Monte Cassino wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę – nie tylko my, żołnierze „z cenzusem”, którzy pokończyliśmy studia, ale także prości szeregowcy – że w pewnej mierze będzie to bitwa bezsensowna. Było już po Teheranie i wiedzieliśmy, że politycznie ta wojna nic dobrego Polsce nie przyniesie. A jednak bardzo chcieliśmy brać udział w tej bitwie, i ja sam, i wszyscy moi koledzy, bo mieliśmy ogromną potrzebę bicia się z Niemcami. W ciągu kilku lat szkolenia wojskowego, na pustyniach Bliskiego Wschodu, w Iraku, w Iranie, w Palestynie, w Egipcie, słysząc i czytając o tym, co Niemcy wyprawiają w Polsce, czuliśmy, że bitwa z Niemcami jest dla nas koniecznością – niezależnie od okoliczności. Gdyby Anders (..) się zdecydował  wycofać, to zapewne natrafiłby na opór ze strony żołnierzy. Czyn wojenny zobowiązuje w pewien sposób na całe życie, pamięta się o nim, jest powodem do dumy i niewątpliwe wpływa na późniejsze zachowanie człowieka.

A potem podeszliśmy pod klasztor i do jego wnętrza. Podszedłem bez uronienia nie tylko kropli krwi ale i potu. To bardzo dziwne uczucie oglądać ten klasztor z innej strony, nie tej ze wzgórza 593. Tą znałem z archiwalnych filmów i ze zdjęć z podręczników.

Po przekroczeniu bramy wejściowej stajemy na wirydarzu ( czyli prostokątnym ogrodzie umieszczonym wewnątrz zabudowań klasztornych) z pomnikiem św. Benedykta po środku. Pomnik przedstawia moment jego śmierci. Św Benedykt umarł na stojąco podtrzymywany przez dwóch współbraci. W tym miejscu znajdowała się świątynia Apollina, przekształcona przez twórcą zakonu benedyktynów w oratorium dla wspólnych modlitw zadeykowane biskupowi Tours św Marcinowi.

Następnie wychodzimy na centralny dziedziniec ze studnią i dwiema monumentalnymi figurami św. Benedykta i św. Scholastyki. Z tarasu dziedzińca, zwanego także dziedzińcem Bramantego, rozciąga się piękny widok na okoliczne wzgórza oraz położony niżej polski cmentarz. Dziedziniec liczy sobie 30 m szerokości i 40 m długości.W drugą stronę wznoszą się schody prowadzące  na kościelny Dziedziniec Dobroczyńców ( wybudowany w 1513 r) wokół którego stoją pod ścianami figury dobroczyńców klasztoru i papieży wywodzących się z benedyktynów.

Bazylika wzniesiona na miejscu pogańskiej świątyni jest piękna. Wnętrze kościoła ma wystrój barokowy, a więc wielkie bogactwo zdobień – marmurowe inkluzje, złote elewacje.Pod głównym ołtarzem znajduje się krypta św. Benedykta i jego siostry św.Scholastyki, którzy są pochowani pod głównym ołtarzem, o czym świadczy tabliczka z tyłu ołtarza. Kościół jak większość zabudowań w 1944 r był ruiną, pieczołowicie odbudowano jednak na suficie świątyni brak wielu fresków.

Na pewno wrażenie robi fresk nad drzwiami wejściowymi. Nosi nazwę „Chwała św Benedykta”, w centralnym punkcie znajduje się patron otoczony biskupamo, zakonnikami i zakonnicami naśladującymi jego postępowanie. Na dole wyróżnia sie postać papieża Grzegorza Wielkiego (pierwszego biografa) i papieża Pawła VI (konsekrował na nowo bazylikę a samego świętego ogłosił potronem Europy). W krypcie można oglądać alegorie ślubów zakonnych i postacie ze Starego Testamentu.

Bardzo spodobało mi sie to magiczne miejsce, w podziemiach którego kryje sie tyle wspaniałych i mądrych ksiąg. Zmartwił mnie tylko jeden fakt iż w tak ważnym dla świata zachodniego opactwie przebywa tylko 20 zakonników !!  Oby nastapił zmiana na lepsze.

Drugi etap mojej wyprawy to zwiedzanie górskich miast – San Marino i Asyżu. San Marino to stolica państwa o tej samej nazwie; państwo jest enklawą otoczoną Włochami. Nazwa pochodzi od świętego Marinusa, który w 301 r. uciekając przed prześladowaniami Dioklecjana, jakich doznawał jako chrześcijanin, założył osadę na Monte Titano. San Marino jest państewkiem górskim, najwyższy punkt to wspomniane Monte Titano – 749 m n.p.m, o powierzchni 61 km kw. Liczba ludności wynosi ok 30 000. San Marino szczyci się, że jest najstarszą republika na świecie.

Wolna wspólnota ukształtowała się w X w. W 1243 r wybrano po raz pierwszy 2 kapitanów-regentów, którzy są głowami tego państwa. Urząd ten przetrwał do dzisiaj. Od 1600 r San Marino ma pisaną konstytucję, aktualną do dziś. W XIX w. mieszkańcy sprzeciwili sie przyłączeniu do państwa włoskiego,zazdrośnie strzegąc swej niepodległości.                                             W godzinach porannych dane nam było wkroczyć do miasta San Marino przez brame św Franciszka.

Zrobiliśmy to po zgodzie barwnie ubranego policjanta, którego jedynym chyba obowiązkiem jest wpuszczanie turystów do miasta. Miasto w całości otoczone jest potężnymi murami, pozostałość z czasów średniowiecza. Zaraz za bramą po prawej stronie stoi budynek, w którym mieści się Muzeum Tortur. Nasza przewodniczka pani Ania poinformowała nas, że w czasie wolnym można zwiedzić to muzeum. Ja niezdecydowałem się. Bardziej żądny byłem widoku płynu w szklanej butelce niż makabrycznych urządzeń do zadawania bólu ludziom. Oglądanie grodu przypominało trochę podejście na Kalwarię Zebrzydowską. Tyle tylko, że tam szło się cały czas prosto do góry. A tutaj uliczki szerokie na 3-4 metry pieły się w górę zakręcając w lewo lub prawo. Budynki i drogi przodkowie obecnych mieszkańców zbudowali z kamienia. Barwa jego była jasnoszara.

Nasze zwiedzanie rozpoczęliśmy od Groty Kuszników, miejsca gdzie corocznie odbywają się turnieje kusznicze. Sam Marino od wieków słynie z wojowników posługujących się tą bronią. Następnie widzieliśmy kościół św Piotra, gdzie mają znajdować się szczątki św Marinusa. Jeszcze wyżej znajduje się Palazzo Pubblico – Ratusz, który jest siedzibą władz. Gotycki budynek trzy kondygnacyjny zwieńczony jest wieżą zegarową. Charakterystycznym elementem są blanki nad dachem. Ratusz pełen uroku szczególnie ładnie prezentuje się gdy stanie w odpowiednim miejscu na placu. Wtedy gmach stoi w tle prześlicznego górskiego krajobrazu. A propos krajobrazu to powyżej jest taras widokowy w kierunku wschodu. Co prawda „światła ze Wschodu ” dostrzec nie można, za to widzi się całe państwo, a nawet Riwierę Adriatycką. Niebieskie tło przy horyzoncie to Adriatyk.

Najwyżej usytuowane, dominują nad miastem, są trzy wieże w tym najsłynniejsza La Rocca o Guita. W średniowieczu miejsce nie do zdobycia. Czas wolny przeznaczylem na zakupy. Nie mogłem odmówić sobie kupna kubka z barwami Juventusu. Kupiłem parę kropelek w szklanym butelkach aby było co degustować w jesienne wieczory. No i oczywiście nie zapomniałem o drobiazbu dla mojej lepszej połowy.

Na drugą część dnia przypadło oglądanie Asyżu. Wcześniej jednak przemieżaliśmy autokarem drogi Umbrii, przepięknego regionu z mnóstwem zalesionych wzgórz albo pól słoneczników. Nigdy nie widzialem tego rodzaju pól więc ogromne połacie jasnożółte zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Do specyfiki Umbrii należy również to, że na wzgórzach znajdują się zameczki, a poniżej rozlokowane są miasteczka. Miasteczka, które sprawiają wrażenie jak gdyby zostały doklejone.

Tak też sprawa ma się z Asyżem. Miasto liczące 26 000 ostniało już w III w. przed Chrystusem. W średniowieczu należało do księstwa Spoleto. Pod koniec wieku XII zdobyło niezależność; w ciągłym konflikcie z lokalnym rywalem – Perugią. Od  1367 r. w Państwie Kościelnym, do państwa włoskiego Asyż został przyłączony dopiero w XIX w na fali Risorgimento. Górujący nad miastem zamek to Rocca Maggiore. Mnie budowla podobała się, ale mieszkańcom raczej nie. Warownie wzniósł książę Spoleto aby w ten sposób utrzymać władzę nad Asyżem. Po powstaniu, które przyniosło niezależność asyżanom zamek zburzono. W scenerii miasta pojawił się ponownie wraz z obcymi rządami, tym razem papieskimi. Rocca Maggiore pełniła więc funkcję taką samą jak Cytadela w XIX w dla Warszawy.

Asyż w całości zbudowany jest z czerwonego kamienia (taka nazwa). Tak naprawdę to biały kamień z lekkim dodatkiem jasnej czerwieni. Pod wpływem promieni słonecznych biel kurczy się a przybywa czerwieni. Stojąc pod brama miejską większość grupy schowała się przed palącym słońcem pod dziko rosnącym drzewkiem. Okazało sie, że jest to drzewo laurowe. Zerwałem listek i przełamałem na pół, wydobył się cudowny aromat.


Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Bazyliki św Klary, założycielki zakomu klarysek i przyjaciółki św Franciszka. Gotycka budowla ma bardzo ładną fasadę. Wewnątrz najcenniejszy jest krzyż św Damiana, z którego Chrystus miał wezwać św Franciszka : „ Franciszku odbuduj mój kościół„. Potem przeszliśmy przez miasto do bazyliki św Franciszka. Spacer według mnie był bardzo miły. Po drodze widziałem miejsce gdzie urodził się założyciel zakonu braci mniejszych, ratusz i świątynię Minerwy. Ratusz, o czym nie wiedziałem, był miejscem gdzie podpisano część paktu laterańskiego powołującego Państwo Watykańskie.

Na krańcu miasta na dawnym Wzgórzu Piekielnym ( w XII w. dokonywano tam egzekucji) zbudowano w 1230 r. potężny kościół. Bazylika pod wezwaniem św Franciszkiem, tu pochowano patrona,składa się z kościoła dolnego i górnego. Do tego pierwszego idzie sie dziedzińcem z XIV w. z krużgankami. Wchodzi się przez podwójny portal z drugiej połowy XIII w. ozdobiony trzema rozetami. Dane mi było zobaczyć nie tylko główną część kościoła, ale również przylegające kaplice – kaplicę grobu św Franciszka (miejsce pochówku przez 6 stuleci było zapomniene), kaplicę św Stanisława, kaplicę św Marcina. Nazwa tej drugiej odwoluje się do jedenastowiecznego biskupa krakowskiego, który właśnie tutaj został kanonizowany.

Bazylika ozdobiona została freskami o życiu biedaczyny z Asyżu autorstwa Giotta,wielkiego malarza, bez którego trudno wyobrazić sobie malarstwo świata zachodniego. Freski przedstawiają kluczowe momenty z życia świętego m.in. wyrzeczenie się ojca i dóbr materialnych, zatwierdzenie reguły zakonnej przez papieża, kazanie do ptaków, moment śmierci. Wzruszające piękno. Mnie zafascynował ten przedstawiajacy sen papieża Innocentego III. W tym śnie wali się bazylika na Lateranie, wtedy siedziba papieska i symbol Kościoła katolickiego. Bazylikę podtrzymywał mały człowiek z odstającymi uszami, w ubogim habicie. Tym człowiekiem był św Franciszek. Za ołtarzem głównym z 1250 r. widziałem trzy inne freski Giota – alegorie ślubów zakonnych.  Alegoria Ubóstwa, Czystości, Posłuszeństwa.

Oprowadzał nas po bazylice franciszkanin, Polak. Muszę stwierdzić, że zawiodłem się na tym przewodniku strasznie. Beznamietnie mielił informacje o świętym Franciszku bez żadnego zaangażowania. O próbie wyjasnienia fenomenu patrona nie wspominając. Przecież biedaczyna z Asyżu to nie tylko wyrzeczenie sie bogactwa. Był przeciez mistykiemi pierwszym wzywającym do poszanowania dla przyrody. Szczególnie denerwujace było ciągłe popędzanie jakby chciał jak najszybciej odhaczyć mało ważną czynność. Jesli czyni tak franciszkanin w Asyżu (!) to nasuwa się pytanie o moc jego powołania.

Na koniec zwiedzaliśmy Bazylikę Matki Boskiej Anielskiej. Świątynia zbudowana ostatecznie w XVIII w . jest ogromna, 126 m długości, 65 m szerokości, 75 m wysokości. Na połączeniu nawy głównej z transeptem ( nawa boczna) znajduje się naważniejszy obiekt – Porcjunkula. Porcjunkula ( Częsteczka) to kaplica z X wiekuo wielkości ok 12 m kw. Porcjunkula była często nawiedzana przez św Franciszka i w tym miejscu umarł. A umarł tak jak sie narodził – nago. Obok bazyliki mamy Ogród Różany z różami bez kolców.

Asyż, który spodobał mi się tak jak San Marino zadziwił mnie jednym aspektem. Tu są najwyższe temperatury w całych Włoszech. Warto jednak wytrzymać skwar aby zapoznać się z tym magicznym miastem, w którym jak gdyby zatrzymał się czas. No i zobaczyć freski Giotta.

Dawno nie umieszczałem wpisów, ale brakowało ciekawych wydarzeń, a gdy pojawiło się kilka los uniemożliwiał mi wpis we właściwym czasie. Wracam do zapisów na blogu od mojej wyprawy do Italii. Na sierpień zaplanowałem wycieczkę do miejsc ważnych dla historii Polski, ale też cywilizacji zachodniej. Od 7 do 15 sierpnia poznawałem miejca piękne i ważne nie tylko dla mieszkańców Półwyspu Apenińskiego.

Pierwszy etap to Wenecja – miasto na wodzie. Chyba jedyne takie na świecie. Wenecja swymi początkami sięga czasów antycznych, gdy w 452 r założyli je uciekinierzy przed barbarzyńskimi Hunami. Póżniej miasto stało się częścią cesarstwa  bizantyjskiego, lecz udało mu się uniezależnić. Wenecja była republiką rządzącą przez dożę wybieranego przez arystokratyczne rody weneckie.  Największy rozkwit przypada na okres XII -XVI w. Wyprawy krzyżowe doprowadziły do zamożności  mieszkańców miasta św Marka; co za tym idzie wpływy Wenecji sięgały na ogromną część wschodniego rejonu Morza Sródziemnego. W czasach Renesansu było to jedno z czterech najpotężniejszych państewek włoskich. Od XVI w znaczenie Wenecji spada aż traci niepodleglość w 1797 r.

Miasto zobaczylem pierwszy raz o godz. 7, gdy wycieczkowy autokar zmierzał z części lądowej do portu przez Most Wolności. Most solidny i ładny, który stanowi pamiątkę po Benito Mussolinim ( on kazał wybudować most). Wtedy Wenecja kryła się w dali , za płytkimi wodami laguny. Do centrum  wpłynęliśmy po krótkim rejsie po stateczkiem po Kanale Giudecca. Canal Giudecca, a nie Canal Grande, jest największym z weneckich kanałów. Podczas rejsu mogłem zobaczyć budynek dawnego spichlerza (obecnie hotel Stucky) oraz ogromne statki pasażerskie pływające po Morzu Śródziemnym.

Twardy grunt pod nogami poczułem wraz z resztą grupy na Nabrzeżu Słowian. Swojska nazwa powstała nie na skutek naszej aktywności w Wenecji. Dawniej było to miejsce handlu niewolnkami, a we włoskim Słowianin i niewolnik są synonimami. Idąc nabrzeżem oglądaliśmy kolejno :  więzienie, Most Westchnień i Pałac Dożów. Więzienie, budynek raczej niepozorny, nie wyróżniający się spośród innych gmachów, był jednak najcięższym więzieniem nowożytnych Włoch. Dach pokryty ołowianymi płytami przy upałach doprowadzał uwięzionych na strychu do strasznej śmierci. Ścinało im się białko w organizmie. Uwięzieni w podziemiach mieli kontakt z wygłodnialymi szczurami albo topili się w wodach z laguny, kiedy następował przypływ. Tuż obok więzienia stoi Pałac Dożów, obecnie gotycki, stoi na miejscu bizantyjskiego zamku z 814 r. Budynek obejmuje z trzech stron renesansowy dziedziniec. Majestatu dodają trzy kondygnacje. Od nabrzeża pałac nabiera specyficznego wyglądu poprzez arkadowe loggie (wnęki w zewnętrznej płaszczyźnie).

Między oboma budynkami powstał w 1614 r. na wysokości I piętra Most Westchnień. Tym mostem mieli przechodzić do więzienia skazańcy po usłyszeniu wyroku w Pałacu Dożów. Według romantycznych pisarzy mieli wzdychać za utraconą wolnością. W pobliżu pałacu znajduje się Brama Morska czyli dwie kolumny z patronami miasta. Na cokole lewej stoi św Teodoryk, patron kiedy Wenecja przynależała do Bizancjum, na prawej skrzydlaty lew symbolizujący św Marka, patrona niepodległej republiki. Nie przechodziłem między kolumnami, podobno przynosi to pecha. Na pewno pecha mieli skazani na śmierć; między kolumnami odbywały się egzekucje.

Od Bramy Morskiej placykiem św Marka dochodzi się do placu św Marka. Najpiękniejszego salonu świata według  Napoleona. Prostokątny plac od północy ograniczona gmach Procuratorii Vecchie i Wieża Zegarowa (Torre d Orolgio), od zachodu Ala Napoleonica, od południa Procuratorie Nuovo oraz Kampanila, a od wschodu Bazylika św Marka. Na tym placu spotkali się pretendenci do władania chrześcijańską Europą papież Aleksander III i cesarz Fryderyk Barbarossa. Procuratorie to gmachy urzędników republiki weneckiej, ta od północy liczy trzy kondygnacje. Wieża Zegarowa pochodzi z XV w., ozdobiona jest skrzydlatym lwem i figurami Maurów wybijającymi młotami godziny. Ala Napoleonica powstała w 1800 r. na miejscu kościoła, z rozkazu cesarza Francuzów. Obecnie zgromadzone są tam zbiory dawnych map, stroje dożów, obrazy.

Kampanila to Dzwonnica z końca XI w. Konstrukcja z cegieł liczy sobie 99 m wysokości i króluje nad laguną. Dawniej służyła za dzwonnicą, latarnię morską, wiatrowskaz, teraz jest punktem widokowym. Do 60 m można wjechać windą i podziwiać widoki. A widok jest zadziwiający. Wenecja miasto tysiąca kanałów z okien Kampanili pokazuje morze … czerwonych dachów. Nie widać ani jednego kanału. Dlaczego budowla nazywa się Dzwonnicą przekonałem się ja i znajomi z grupy – Kasia i Michał, kiedy jakieś 2 metry nad naszymi głowami zaczęły bić 4 dzwony. Bardzo byliśmy szczęśliwi gdy szybko zjechaliśmy windą w dół.

Jednym z najważniejszych jeśli nie najważniejszym miejscem w mieście jest Bazylika św Marka. Świątynia z XI w. (po raz pierwszy wzniesona w 832 r. ) wzorowana na kościele św Apostołów w Konstantynopolu, zbudowana jest na planie krzyża greckiego. Od strony placu św Marka fasada składa sie z pięciu portali zwięczonych tympanonami. Skrajnie lewy jest najstarszy. Potężne wnętrze przedzielają kolumny o korynckich głowicach, nad bocznymi nawami wziosza się empory (piętra na chór). Jednak najważniejsze są freski. Namalowane na sklepieniu i ścianach w stylu bizantyjskim oraz romańskim zachwycają swym pięknem i żywymi kolorami. Ja miałem okazję przyglądnąć się niektórym w spokoju (uczestniczyłem w mszy). To było dziwne doświadczenie, nabożeństwo odprawiano po włosku. Ja znam łacinę, która jest matką włoskiego. Dlatego nie siedziałem jak na tureckim kazaniu, świetnie orientując się w następujących po sobie częściach mszy. Jednakże nie mogłem odpowiadać księdzu jak inni wierni.

Póżniej po przechadzce wąskimi uliczkami dane nam było dotrzeć do brzegu Canale Grande i oglądać zawieszony nad nim Most Rialto. Most wybudowany pod koniec XVI w. był pierwszą budowlą łączącą oba brzegi tego kanału. Po dzień dzisiejszy pełni podwójną funkcję. Można nim przejść nad wodą oraz zrobić zakupy, gdyż mieszczą się tam kramy.

Na koniec rejs statkiem wokół wysp laguny. Opłynęliśmy m.in słynną Lido, gdzie odbywają się filmowe festiwale oraz wyspę San Giorgio ( w tamtejszym kościele wybrano i koronowano papieża Piusa VII w 1800 r.)

Ci sądzę o Wenecji ? Czy spodobała mi się ? Wenecja jest jak uwodzicielskia kobieta. Doprowadza do zachwytu i oczarowuje lub irytuje i zniechęca. Czasami jedno i drugie. Ja mam ambiwalentne odczucia. Podoba mi się Kampanila, zachwycony jestem bazyliką. Plac św Marka nie rzucił mnie na kolana, nie przypadły mi do gustu zrujnowane domy nad kanalikami. O ile widok tak dużej liczby Hindusów, Japończyków czy Murzynów stanowi spore pozytywne doświadczenie to tłumy turystów irytują. Pamiątki są sztampowe i wszędzie jest drogo            ( przekonałem sie o tym później).

Odpowiedz więc będzie brzmiała  – nie wiem. Nie wiem czy Wenecja mnie zniechęcila czy zachwycila. Może trzebaby jeszcze raz wrócić nad lagunę ???